Słowo o komunikacji w relacji nauczyciel-uczeń
Wielu nauczycieli skarży się na trudności w porozumiewaniu się ze swoimi uczniami. Co chwila słyszymy: że młodzież jest coraz gorsza, że uczniowie nie mają już do nikogo szacunku, że nikogo się już nie boją. No tak, ale czy rzeczywiście mają się bać? Na kłopoty w komunikacji ze swoimi podopiecznymi narzekają zarówno młodzi, powiedzieć by można niedoświadczeni jeszcze nauczyciele tuż po studiach, ale także ich starsi wiekiem czy stażem pracy koledzy. Jedni i drudzy starają się coś z tym zrobić, nie powielać swoich błędów, często uciekając się w kontaktach z młodymi ludźmi od jednej skrajności w drugą. A jakie to skrajności?
Zajmiemy się najpierw starszym, wydawać by się mogło doświadczonym pedagogiem, Panem X. Jak często wygląda jego rozmowa z kilkunastoletnim uczniem, nazwijmy go Y?
X: - Wczoraj kazałem wam zrobić ćwiczenia z podręcznika od strony 15 35. Wszyscy mają?
[w klasie cisza, jak to zwykle przy takich pytaniach]
X: - Zadałem pytanie!
[nieśmiałe taaak z różnych części klasy]
X: - Kto nie zrobił?
[znów cisza]
X: - Y pokaż zeszyt!
[w zeszycie oczywiście pusto]
X: - No jasne, jak zwykle! Y, czy ty kiedykolwiek będziesz przygotowany do zajęć?! Przecież ty chyba jesteś głuchy! Albo nienormalny! Zresztą od razu wiedziałem, gdzie spojrzeć. Nie spodziewałem się, że zrobisz, co kazałem. Siadaj, masz banię. Rób tak dalej, to w następnej klasie na pewno się nie spotkamy!
Pewnie rzeczywiście się nie spotkają. Y zrobi wszystko, żeby tak właśnie się stało, choć nie będzie tego robił świadomie. Uczeń też człowiek, ma więc uczucia. Spróbujmy się w nie wczuć. Czy po takiej rozmowie mielibyśmy ochotę zrobić zaległe ćwiczenia i przybiec grzecznie z nimi na następny dzień do nauczyciela, może skreśli jedynkę?. Raczej trudno to sobie wyobrazić. Tym bardziej, że musimy zachować twarz przed kolegami siedzącymi w ławkach obok. Prawdopodobnie lepiej zostać już tym głuchym i nienormalnym. Głuchy i nienormalny to też ktoś! Ma swoje miejsce w klasie.
Ale spójrzmy teraz z pozycji Pana X. Co myślał wygłaszając ten swój monolog? Pewnie coś w stylu będą się mnie bać, to wykonają moje polecenia, dzieci są coraz gorsze, trzeba z nimi twardo, z Y-ka i tak już nic nie będzie, ale jak inni zobaczą, że on dostanie jedynkę, to się przestraszą i będę miał nad nimi kontrolę. Trudno sobie wyobrazić i nie podejrzewam Pana X o świadome rozmyślania w ten sposób. Pewnie sam przed sobą nie przyzna się do tego, że już skreślił Y-ka. Może mówić sobie Y musi wiedzieć, że ma nad sobą kontrolę, może wtedy zabierze się do roboty. Ale tak naprawdę Pan X raczej w to nie wierzy. Ale jeszcze jedna kwestia jest warta podkreślenia w myślach Pana X - Dzieci są coraz gorsze…. No właśnie dzieci. Czy kilkunastoletni uczniowie chcą być traktowani jak dzieci? Z pewnością nie. Jedną z często wymienianych barier komunikacyjnych utrudniających nasze porozumiewanie się jest odmienne postrzeganie rzeczywistości. Zobaczmy, jak wiek ucznia inaczej postrzegany jest przez niego samego, a jak inaczej przez nauczyciela. Kilkunastoletni chłopak czy dziewczyna widzą siebie jako osoby dorosłe i chcą jak dorośli być traktowani. Wiek lat kilkunastu to okres walki o wolność i samodzielność zarówno w domu rodzinnym, jak i poza nim, także w szkole. Ci młodzi ludzie zbliżają się (a czasami już są) przy magicznej granicy wieku, gdy dostaną dowód osobisty, będą mogli bez problemu iść do kina na film od lat 18-tu i będą dorośli. Jest to dla nich niezwykle ważne. Dla nauczyciela, który patrzy na to z perspektywy swoich doświadczeń, są to jeszcze dzieci. Może on sobie przecież przypomnieć siebie w tym wieku. Wie ile czasu zajęło mu potem jeszcze doroślenie. Z tych różnych punktów widzenia mogą wynikać kłopoty. No bo jak zwracamy się do kogoś, kogo uważamy za dziecko? Prawdopodobnie z pozycji rodzica. A jaki jest stosunek nastolatków do nakazów rodzicielskich? Na to pytanie nie trzeba chyba odpowiadać. Okres młodzieńczego buntu, to czas, kiedy młodzi ludzie zauważają, że ich rodzice nie są idealni, wszechmocni i wszystkowiedzący. Ich autorytet mocno podupada. Z drugiej strony, co było już wspomniane powyżej, jest to czas dążenia i walki o własną wolność. Efektem tego jest zazwyczaj to, że bądź to młodzi ludzie w ogóle nie reagują wtedy na polecenia i nakazy rodzicielskie, bądź to reagują robiąc coś zupełnie przeciwnego. Wracając do Pana X, może on sobie pomyśleć tak: skoro rodzice nie nauczyli Y być posłusznym i wykonywać polecenia, ja go tego nauczę. Ale czy nauczy? Raczej nie. Teraz Y zrobi wszystko, by pokazać swoją dorosłość i nie podporządkować się. Kiedy usłyszy rodzicielski nakaz, automatycznie poczuje, że ktoś traktuje go jak dziecko, zareaguje oporem. Złość, którą pokazuje w domu, gdy rodzice chcą udowodnić mu, że jest jeszcze dzieckiem, przeniesie na sytuację klasy szkolnej. Kiedy kończą się problemy młodzieńczego buntu w domu? Zazwyczaj odpowiedź brzmi, kiedy dziecko z niego wyrośnie i przestanie się buntować. Ja powiedziałabym inaczej, kiedy dorośnie dziecko, ale także kiedy dorosną rodzice i pogodzą się z tym, że ich dziecko przestaje być już dzieckiem. Dopiero, kiedy rodzice zrozumieją, że najwyższy czas przejść od komunikacji w stylu rodzic do dziecka na komunikację partnerską typu dorosły dorosły mogą się skończyć wieczne kłótnie z nastolatkiem. To samo tyczy się sytuacji klasy szkolnej.
A teraz poznajmy drugiego nauczyciela, a może tym razem nauczycielkę, Panią powiedzmy Z. Pani Z jest młodą, tuż po studiach nauczycielką. Została nią, bo odkąd pamięta zawsze tego chciała. Ma pasję i wizję swojej pracy. Jest pełna świetnych pomysłów na ciekawe prowadzenie zajęć. Ma tylko jeden problem źle się czuje w sytuacji, gdy musi stanąć jakby ponad swoimi uczniami. Czuje, że jest niewiele od nich starsza. Bardzo jej zależy, by jej uczniowie uważali ją za fajną babkę od biologii. Chce być lubiana. Postanowiła więc, że będzie nie tylko ich nauczycielką, ale także koleżanką. Stwierdziła, że w ten sposób zrobi nawet więcej niż nauka biologii. Zdobędzie bowiem zaufanie swoich podopiecznych. Dzięki temu oni będą mogli z każdym problemem przyjść do niej, a ona będzie im pomagała je rozwiązywać. Potem po latach będą ją wspominali, jako świetną nauczycielkę, która była także ich kumpelą. Doszła nawet do wniosku, że aby zwiększyć otwartość uczniów, zgodzi się na to, by mówili oni do niej po imieniu. Przyjmijmy więc, że Pani Z ma na imię Kasia. Jak mogła by przebiegać komunikacja na lekcji biologii u Pani Kasi?
Z: - Cześć, zanim zaczniemy dzisiejszą lekcję chcę umówić się z wami na termin klasówki.
U: - Uuu, a po co?! Nie możemy odpuścić sobie klasówki?
Z: - Nie bardzo, bo wiecie ja muszę się rozliczyć z waszych ocen przed dyrekcją [Pani Z musi tutaj uciec się do gry, by zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego]
U: - No to może umówimy się na pytania?
Z: - Nie możemy, bo to musi być test
U: - O! To znaczy, że pomożesz go nam rozwiązać! [ w tym momencie Pani Z może zacząć dalej grać w grę Tak, ale…, ale właściwie jest już na spalonej pozycji]
Nie trudno wyobrazić sobie możliwe dalsze scenariusze. Albo Pani Z straci zaufanie uczniów i zrobi porządną klasówkę, realizując przy tym swoje zadanie, czyli naukę biologii. Ale wtedy nie ma co liczyć na przyjaźń ze swoimi uczniami. Uznają oni prawdopodobnie, że ich oszukiwała udając koleżankę. Druga możliwość jest taka, że Pani Z zrezygnuje z klasówki (bo przecież jej lekcje były na tyle dobrze prowadzone, że uczniowie i tak wiele już z biologii wiedzą) i pozostanie koleżanką Kasią w imię wyższego celu, jakim jest pomoc uczniom. Bardzo to wzniosłe. Ale czy rzeczywiście uczniowie potrzebują jeszcze jednej koleżanki? Przecież znajomych mają już pod dostatkiem. Widują się z nimi codziennie w szkole i poza nią. I czy jeśliby potrzebowali pomocy koleżanki to przyjdą prosić o pomoc koleżankę, która jest nią przez 45 minut lekcji biologii, ale już po dzwonku na przerwę automatycznie przechodzi na drugą stronę barykady i udaje się do pokoju nauczycielskiego?
Czy istnieje więc dobre rozwiązanie? Jak rozmawiać się z naszymi uczniami, by była to komunikacja skuteczna? Podstawą relacji nauczyciel uczeń powinien być szacunek. I to szacunek obustronny. Czyli nie jedynie wymaganie od ucznia, by on odpowiednio nas traktował, ale także nasz odpowiedni stosunek do jego osoby. Trzeba jednak pamiętać, że szacunek nie rodzi się w strachu. Groźbami, krzykiem i karami go nie zdobędziemy. Szacunek nie pochodzi także z sympatii, lubienia. Nie to jest jego podstawą. Choć możliwa jest sytuacja odwrotna gdy to sympatia powstaje na bazie szacunku. Ale jak zbudować szacunek względem swojej osoby? Oprzeć go trzeba przede wszystkim na kompetencji. Uczniowie muszą wiedzieć, czego od nich wymagamy, jaki jest ich zakres obowiązków. A jednocześnie czuć, że my wiemy, co robimy i jesteśmy w tym dobrzy. Warunkiem ku temu koniecznym jest wysokie poczucie własnej wartości u nauczyciela. Nie chodzi tu w żadnym wypadku o zadufanie i wychwalanie się swoją doskonałością. Bardziej o wewnętrzne przekonanie, że to, co robię, robię wystarczająco dobrze. Nasi uczniowie powinni widzieć w nas pewien autorytet. Jest to szczególnie ważne szczególnie w kontaktach z kilkunastolatkami. Młodzi ludzie, pomimo tego, że pewnie się do tego nie przyznają, niezwykle mocno potrzebują mieć pewien wzorzec postępowania, na którym mogliby się oprzeć. Rzadko się niestety zdarza, że mają go w domu. Tam bowiem nadal traktowani są jak małe dzieci (tak jest łatwiej i wygodniej). A jest to dla nich czas niepokoju i szukania dla siebie drogi w życiu. Dobrze jeśli w otoczeniu takiego młodego człowieka pojawi się ktoś, na czyim postępowaniu można by się przynajmniej w jakiejś części wzorować. Lecz aby tak było trzeba przede wszystkim tej osobie zaufać. Wzajemne kontakty muszą opierać się o szczerość i otwartość. A czyje kontakty takie być mogą? Właściwie tylko dorosłego z dorosłym. Niestety nauczyciele zbyt często mają tendencję do traktowania uczniów z góry, z pozycji rodzica, który zawsze wie lepiej, co jest dobre dla jego podopiecznego. Taka postawa powoduje, że zamykamy się na uczniów. Nie traktujemy ich jako indywidualności a jako jedną masę. Nie są dla nas poszczególnymi osobami a po prostu np. klasą 3A.
Kontakty szczere i otwarte wymagają przede wszystkim zaufania. I to znów nie tylko uczniowie mają nam ufać. Taka jednostronna relacja nie jest przecież możliwa. Aby być darzonym zaufaniem, trzeba samemu także zaufać. A to też często niestety nauczycielom nastręcza wiele problemów. Mają wrażenie, że tyle razy zawiedli się już na swoich podopiecznych, że nie mogą ufać. To powoduje, że już przy wejściu na pierwszą lekcję do nowej klasy, czują, że idą na spotkanie z wrogiem. Z góry ustawiają się jakby po przeciwnej stronie barykady. Oczywiście nie mówią tego otwarcie, ale zdradza to niestety choćby ich postawa ciała. A to automatycznie budzi podobną postawę wśród uczniów. I możliwość otwartej, bliskiej relacji zostaje jakby skazana na porażkę. Jedyną radą, jaką można tutaj dać, jest próba nakłonienia nauczycieli do dania na początku wszystkim uczniom kredytu zaufania. A nie postępowanie jak nasz wspomniany Pan X, który już przy wejściu wiedział, kto ma, a kto nie ma odrobionej pracy domowej. Co więcej, on prawdopodobnie znał nawet powody, dla których niektórzy tej pracy nie mieli. Oczywiście, że jak w każdej relacji międzyludzkiej, to zaufanie może zostać zburzone. Jednak łatwiej jest budować coś na dobrym gruncie niż na bagnie.
Ktoś mógłby teraz jednak zapytać, co z Panią Z? Przecież ona dawała uczniom kredyt zaufania? No tak, dawała. Ale czy ona wchodziła z nimi relację dorosłego z dorosłym? Owszem była to relacja partnerska, ale raczej na poziomie dziecka z dzieckiem. Pani Z chciała się dobrze czuć w klasie, chciała być lubiana, chciała się… pobawić. Uczniowie prawdopodobnie też bawili się dobrze. Ale czy klasa szkolna to plac zabaw? Raczej nie. Nie chcę przez to powiedzieć, że dorośli nie mogą się bawić. Mogą, nawet powinni. Ale są ku temu odpowiednie miejsca i czas. I na pewno nie jest to pracownia biologiczna.
Pozostaje jeszcze do rozpatrzenia sytuacja, co robić, gdy jeszcze nie zdążyliśmy wypracować sobie autorytetu. Jak reagować, jeśli nasze polecenia nie są wykonywane tak, jakbyśmy sobie tego życzyli? Przede wszystkim wdaje się konieczne wyjaśnienie sytuacji. Powinniśmy być otwarci na tłumaczenia uczniów, szczególnie, jeśli są one logiczne. Nie pozwólmy, by po jednej wpadce ucznia powstał nam w głowie jego obraz jako lenia, głupka, któremu i tak już nic nie pomoże. Poza tym namawiam do docenienia przede wszystkim nagród. To one mają szczególną wartość w procesie wychowania. Pozytywne wzmocnienie tuż po dobrej pracy owocuje większą motywacją do dalszego działania. Kara natomiast budzi lęk, frustrację i złość, a w konsekwencji chęć odwetu. A jaki może być odwet w przypadku ucznia? W najłagodniejszej formie zrobię mu na złość i tak się tego nie nauczę, w mniej łagodnej możemy zastać nasz samochód na parkingu z przedziurawionymi oponami. Ale raczej rzadko owocuje to polepszeniem się ocen ucznia. Dlaczego tak się dzieje? Otóż karanie pozbawia ucznia szacunku. Karając odbieramy mu jego godność i pokazujemy naszą przewagę i traktujemy jak dziecko. No bo komu daje się klapsa w pupę jak nie dziecku? Owszem można przy pomocy kar otrzymać pewien efekt. Znamy przecież sytuacje, gdy uczniowie przed lekcją u danego, niezwykle ostrego nauczyciela, jeszcze na przerwie powtarzają zadaną wiedzę. Ale czy jest to efektywna nauka. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy uczymy czegoś uczniów, by tą wiedzę mogli jakoś wykorzystać, czy po by ją zaliczyli, dostali stopień i zapomnieli. Tak zazwyczaj to wygląda w przypadku strachu. Uczniowie mobilizują wszystkie swoje siły, by na zajęciach umieć wyrecytować wiadomości. Pomijam już fakt, że niektórzy w stresie nie potrafią tego zrobić. A następnie, gdy wychodzą za drzwi sali już tego wszystkiego nie pamiętają. To jak tresura zwierzęcia. To mocne porównanie, ale chyba prawdziwe. Wytresowane zwierze pod okiem właściciela zrobi wszystko, jak on każe, ale tylko dlatego, że pan patrzy a ono boi się kary. Ale jeśli tylko pan odwróci oczy… Natomiast zwierze oswojone, wychowane będzie postępowało w zgodzie z panem nawet wtedy, gdy nie ma go w pobliżu.
Cóż jednak jeśli w tym wychowywaniu same nagrody nie wystarczają? Czy karanie zawsze jest niedopuszczalne? Ciekawie na ten temat piszą autorki popularnej książki Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły panie A. Faber , i E. Mazlish. Co prawda tekst ten odnosi się do sytuacji domu i relacji rodziców z ich dziećmi, ale myślę, że z powodzeniem można go przenieść na grunt szkoły. Autorki sugerują by w takich przypadkach nie karać z zimną krwią z satysfakcją stawiając np. jedynkę do dziennika. Raczej nakłaniają do tego, by dzieci (tu: uczniowie) odczuły konsekwencje swojego postępowania. Na czym by to mogło polegać? Najlepiej zobrazuje nam to przykład trenera sportowego. Dlaczego młodzi ludzie tak dobrze zazwyczaj dogadują się ze swoimi trenerami sportowymi? Odpowiedź jest prosta z nimi czują się jak dorośli. Trenerzy zazwyczaj traktują ich jak partnerów, nie tracąc przy tym swojego autorytetu i zostając na swojej pozycji. A co mówi trener jeśli przykładowo zauważy, że któryś z podopiecznych zaczyna brać niedopuszczalne w sporcie środki dopingujące? Mówi zazwyczaj nie przestaniesz brać wylatujesz z drużyny. Sportowiec ma teraz wybór. To od niego zależy, co dalej zrobi. A wolność kojarzy się z dorosłością. Nawet jeśli zostanie usunięty z drużyny, to przynajmniej będzie wiedział dlaczego. Będzie to konsekwencja jego własnego wyboru. Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić w sytuacji, gdy uczeń nie wykonał naszego polecenia, to karanie z zimną krwią i satysfakcją na twarzy dodatkowo oskarżając i atakując charakter. Takie postępowanie rodzi jedynie złość, opór i chęć odwetu, a nie o to chyba chodzi.
Podsumowując chcę jeszcze raz zachęcić nauczycieli do otwartości i szczerości w kontaktach z uczniami, do dawania im kredytu zaufania i budowania swojego autorytetu nie na zastraszaniu a na kompetencji. Nie bądźmy dla tych młodych ludzi synonimem strachu. Ale też nie starajmy się być kolegami czy koleżankami. Mają ich wystarczająco dużo wśród rówieśników. Bądźmy raczej przewodnikami, z którymi z chęcią będą oni stawiać swoje pierwsze kroki w dorosłość.
Faktycznie, racja co powyżej zostało napisane - ciekawy tekst
)
Komentarz autor Izabela — 16/02/2007 @ 11:50
w przyszłości chciałabym być nauczycielka jęz. angielskiego. myślę ,że podane tu wskazówki są bardzo pomocne dla wszystkich wychowawców
Komentarz autor iza — 31/05/2008 @ 15:07
Ta jasne nauczyciele mili są super mialem tylko 2 takich jedna pani od matmy potem przez 4 klasy z rzędu nie dostałem z testu oceny poniżej 5.Ale są najczęściej nauczyciele ktorych nic nie obchodzi np mój nauczyciel od w-f ma za nic czyjes zdrowie np na bardzo sliskiej murawie na której mój kolega przejechał hamując 5m (nie żartuje)do tego byłem chory tyle że sie przebrałem {bo mieliśmy miec na hali a zagrac w siatkowke nie zaszkodzi}.A on kazdemu kto nie chcial tam cwiczyc wpisuje 1.Są cztery typy nauczycieli niezdolni do nauczania , niemili ,mili ale nie najlepiej uczący i supernauczyciele dzięki którym powstaje geniusz.
Komentarz autor Szkoła Niewola — 30/09/2008 @ 21:43
Szacunek do ucznia to podstawa. Polecam też blog dla nauczycieli, jest tam sporo ciekawych informacji http://dla-nauczycieli.blogspot.com/
Komentarz autor Ania — 21/04/2009 @ 04:58